poniedziałek, 8 lipca 2013

1:" And When You're Feeling Empty, Keep Me In Your Memory"

   Był to pierwszy lot w jej życiu. Nie przejmowała się aż tak bardzo tym, że samolot może spaść, wpaść w turbulencje ect, dlatego minął jej dość szybko i bezstresowo. Wyczerpała całą baterię w telefonie, słuchając ulubionych kawałków. Kiedy wylądowała w Phoenix tutejszy zegar wskazywał dziewiątą rano. W hali przylotów starała się odnaleźć wzrokiem blond czuprynę, ale nigdzie takowej nie ujrzała. Umówiła się z Chesterem, że będzie na nią czekać. Chyba nie wystawił jej do wiatru na samym starcie? Jakaś dziewczyna szturchnęła ją w ramię
- Melisa?  upewniła się.
- Tak, czy...  zaczęła jednak brunetka nie dała jej dokończyć.
- Chester czeka na ciebie w samochodzie. Tu pewnie zacząłby się ktoś wokół niego kręcić. Jestem Samantha, jego żona - posłała nastolatce ciepły uśmiech. Od samego początku bratowa przypadła jej do gustu. Sprawiała wrażenie bardzo ciepłej i troskliwej osoby. Melisa nie była naiwna, wiedziała, że mogą być to tylko pozory, jednak starała się zaufać każdej nowo poznanej osobie. W końcu zaczynała życie od nowa.
- Cześć - przywitała się z Chesterem, kiedy wrzuciła swoje rzeczy do bagażnika i zajęła swoje miejsce.
- Hej - odwrócił się w jej stronę, szczerze się uśmiechając. Czy tu wszyscy są tacy radośni? Jeśli tak, mam nadzieję, że szybko udzieli mi się ten nastrój, pomyślała - Najpierw pojedziemy jeszcze na krótkie zakupy, dobra? - ktoś pyta się JEJ o zdanie? Przywykła do narzucania. Nie pojedziesz. Nie pójdziesz. Zrobisz. Kupisz. Nigdy, nikt niczego jej nie proponował.
- Dobrze - odpowiedziała  niepewnie. Dla rozluźnienie atmosfery chłopak włączył cicho płytę Depeche Mode - Violator. Zaczęła delikatnie ruszać się w rytm muzyki.
- Lubisz DM?
- To najlepszy zespół na świecie... Głos Gahana... - rozmarzyła się.
- Yesss! - postukał radośnie w kierownicę.
- Czemu się tak cieszysz?
- Nareszcie będę miał z kim dzielić się nowinkami, słuchać płyt i wgl. Samantha nie przepada za nimi    

   Najwyraźniej muzyka zawsze jest najwygodniejszym tematem do rozpoczęcie rozmów. Przełamuje pierwsze lody. Świąteczne dekoracje w tutejszych sklepach wyglądały przynajmniej śmiesznie. Co to za przyjemność oglądać wszędzie choinki przystrojone sztucznym śniegiem, kiedy na dworzu jest 25 stopni (nie przeliczałam już na jednostkę obowiązującą w Ameryce przyp. aut.). W pewnym momencie Chester i Samantha rozdzielili się, a Melisa została przy koszyku rozglądając się na boki i obserwując parę
- A ty niczego nie chcesz? - zwrócił się do niej Chazz - My w taki sposób robimy zakupy. Każdy bierze to, co chce, lub co potrzebuje.
- Nie, ja sobie postoję i poczekam...
- Przestań... Może chcesz coś do ubrania, albo jakieś farby? Słyszałem, że malujesz - na słowo 'farby' jej oczy rozbłysły ogromnym, oślepiającym blaskiem - Czyli trafiłem. Nie ma problemu po drodze do domu jest pewien dobrze zaopatrzony sklep papierniczy, który w swojej ofercie ma mnóstw farb. Mike często kupuje stamtąd płótna i oleje - nie myślała o tym, w takiej kategorii. Jej mózg nie dopuszczał do świadomości, że oprócz Chazza, pozna również całą resztę zespołu. Myśl, chodź tylko na moment, zmroziła jej krew w żyłach.
- Może lepiej nie, pobrudzę jeszcze wam coś w domu... - wykręcała się.
- Ale marudzisz. Jak pobrudzisz, to będzie brudne. W końcu masz zamiar malować w swoim pokoju - zachichotał i zabrał jej wózek, prowadząc go do kasy.
- Poczekaj, chcę jeszcze zajrzeć do słodyczy. Widziałam tam czekoladę z dodatkiem papryki - rzuciłą Sam. Chyba się nie przesłyszała. Czekolada paprykowa? Fuuuj
- To jej ulubiony smak? - zapytała po cichu brata.
- Nie, ale ma teraz różne zachcianki. Zdążyłem się przyzwyczaić - spojrzała na niego pytającym wzrokiem - Sam jest w 5. miesiącu ciąży - wyjaśnił.
- Ooo gratuluję - powiedziała szczerze.
- Czego? - wtrąciła się wybranka Benningtona.
- Waszego dzidzusia - odpowiedziała jej uśmiechem. Szybko pojechali do kasy, a następnie wyszukali na zatłoczonym parkingu swoje auto i zapakowali zakupy, ruszając dalej.
- To tutaj - odpowiedział Chester, przypominając Melisie o zakupach w plastyku. Sklep nie był wcale duży, ale posiadał masę przeróżnego, najbardziej wymyślnego wyposażenia. Dziewczyna chodziła, jak zahipnotyzowana podziwiając wszystko, co leżało w zasięgu jej wzroku: pastele, barwniki, przeróżna farby i pliki papieru o różnych gramaturach.
- Wybieraj, wszystko co ci potrzebne - Schowała więc w koszyku 6 kolorów farb w tubach, małą plastikową paletkę do mieszania kolorów, kilka pędzli (o różnej grubości) i odpowiedni papier, a także 3 dość duże, jak dla niej, płótna. Kasjer znając jej brata zamienił z nim kilka słów.
- Wiesz co, Chester? Mógłbyś zabrać też farby akrylowe Shinody. Po co mają się kurzyć na zapleczu, skoro widujesz się z nim prawie codziennie.
 - Jasne - wokalista otrzymał porządnie napakowaną reklamówkę z dwoma pudłami, po czym mężczyźni pożegnali się krótko - No to teraz już do domu. Urządziliśmy ci z Sam pokój, żebyś nie musiała mieszkać w białych ścianach i spać na materacu. Rzecz jasna, możesz pozmieniać wszystko, jeśli chcesz.
- Mam nadzieję, że nie wykosztowaliście sie za bardzo - cały czas czuła się niezręcznie wiedząc, że para kupowała dla niej różne rzeczy. Choćby te farby...
- Przestać, Melisa. Nie musisz tak się tym przejmować. Są święta. Potraktuj to, jako prezent, ok?  przytaknęła ze szczerym uśmiechem na twarzy. Tym razem jechali w ciszy. Po kilku minutach zatrzymali się przed bramą. Chester otworzył ją i wsiadł do auta
- Mogłabym już wysiąść? - zapytała, zaskakując Chazza - Mam chorobę lokomocyjną i każdy zakręt sprawia, że czuję się, jak rozdeptany kapeć - pospieszyła z wyjaśnieniami.
- Czemu nie mówiłaś wcześniej? Jechałbym ostrożniej...
- Po prostu wykańczają mnie zakręty i hamowanie, nic więcej. Przejdę się ten kawałek po podjeździe i będzie mi lepiej - wysiadła z auta i odetchnęła świeżym powietrzem.
- Mogłabyś zamknąć bramę? - czuł się głupio każąc robić to swojemu gościowi, ale widział, że sprawiło jej to ogromną przyjemność. Nareszcie cokolwiek robiła i było jej z tym bardzo dobrze. Minutę później, kiedy Melisa dotarła pod drzwi domu, Chester trzymał już wszystkie siakti, uginając się pod ich ciężarem.
- Daj, pomogę ci - wyciągnęła z jego lewej ręki kilka cięższych, z napojami.
- No co ty, przecież to waży chyba z tonę!
- Nic mi się nie stanie. Pokaż mi tylko, gdzie mam je postawić. Zaprowadził swoją siostrę przez korytarz i salon do wszechstronnej, drewnianej kuchni. Ustawiła siatki na blacie obok kilku innych mniejszych, lub większych.
- Ładnie tu - skomentowała.
- To był mój pomysł. Trochę ciepła w tym białym, surowym domu - wyjrzała ze spiżarki - Weź swoje zakupy i chodź z nami, pokażemy ci twoją oazę.
Wspięli się po masywnych, krętych, drewnianych schodach na piętro. W wąskim korytarzu był tylko czerwony dywan i 5 drzwi.
- Pokój muzyczny - uchylił drzwi. Dziewczyna dostrzegła kilka gitar, perkusję i fragment biurka z masą papierów.
- Moja i Sam sypialnia - następne drzwi. Z pomieszczenia bił blask. Zrobił się też lekki przeciąg Najwyraźniej zostawili otwarte drzwi balkonowe.
- Łazienka - jedyne pomieszczenie na wprost od schodów - Ta jest wspólna - wytłumaczył - Wanna z bąbelkami i inne wygody. Natomiast jest jeszcze jedna, mniejsza, na dole. Tam masz tylko prysznic, toaletę i pralkę, ale sprawdza się świetnie kiedy tutaj Samantha robi sobie godzinne makijaże - dostał stójkę od żony
- Teraz mam z kim te makijaże robić - wytknęła w jego stronę język, po czym cmoknęła lekko w usta.
- To twój pokój. Jest równie duży, jak nasza sypialnia. Różni go tylko parę rzeczy - otworzył drzwi do jej świata. Zobaczyła najpiękniejsze pomieszczenie w tym domu. Całość urządzona w bieli, bardzo jasnej maladze i mocnej pomarańczy. Na środku stało oczywiście wielkie łóżko z kilkunastoma poduszkami. Obok miała wyjście na balkon, na którym stał leżak i stolik do kawy.Po lewej stronie łóżka zobaczyła ogromną szafę z białego drewna, a zaraz obok niej obudowane okno a na nim poduszki. Pod ogromnym parapetem była masa przegródek i półek na książki. Nie widziała biurka i to jej się bardzo podobało. Na przeciwko łóżka ktoś namalował śliczną abstrakcję z delikatnie nakreślonym tygrysem i masą motylów. Wszystko w tej samej kolorystyce co pokój. Delikatność i drapieżność. Piękne. Za drzwiami stał jeszcze jeden regał, na którym już widziała swoje nowe farby i pędzle w pięknych białych, wiklinowych koszyczkach.
- O rany - obracała się w zwolnionym tempie - Tu jest pięknie - nawet nie wiedziała kiedy po jej policzkach zaczęły cieknąć łzy - Bajka - zatrzymała się, uśmiechając do brata i jego żony.
- Wiedziałem, że jej się będzie podobać, a ty Sam chciałaś urządzić tutaj cukierkową komnatę księżniczki. To jest moja siostra, ona wie, co dobre - podszedł od wzruszonej dziewczyny i przytulił ją do siebie
- Dziękuję! Dziękuję! - rozpłakała się na dobre - Nawet jeśli miałby być to wyłącznie najszczęśliwszy tydzień w moim życiu to... Dziękuję - podciągała nosem.
- Nikt cię stąd nie wyciągnie, Melisa. Jeśli będziesz chciała zostać, to moja w tym głowa, żeby tak się stało. Jedno jest pewne, przez te 7 dni zrobię wszystko, żebyś zapamiętała je na zawsze - cmoknął ją w czoło, długo wahając się nad tym osobistym gestem. Być może sobie tego nie życzyła? Ale nie, dziewczyna tylko przylgnęła jeszcze bardziej do Chazza.

czwartek, 4 lipca 2013

Prolog: "Without a sense of confidence"

Postanowiłam nie ciągnąć na siłę poprzedniego opowiadania. Jeśli mam pisać, to wyłącznie z przyjemnością. Wymyśliłam coś nowego. Szczerze, nie wiem, czy to wyskok chwili, czy pociągnę to dalej, jednak mam pomysł na fabułę i zakończenie, a to chyba najważniejsze, prawda? So enjoy and comment...

Czerwiec 2001r
  Właśnie przyjęto mnie do szkoły średniej z dodatkowymi przedmiotami ze sztuki i malarstwa. Jestem strasznie podekscytowana. To było moje marzenie od kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że podobna instytucja w ogóle istnieje. Zaczęłam malować w wieku 5 lat. Od tego czasu stało się to moją miłością, pasją, hobby i sposobem na dorabianie. Mieszkam w domu dziecka od urodzenia. Tu nie dostanie się pieniędzy na farby olejne, czy płótna. Masz tani ołówek, blok rysunkowy i gumkę, to powinieneś się z tego cieszyć! Wracając na ziemię... Będę musiała zostawać kilka godzin po lekcjach, by móc uczestniczyć w zajęciach, ale myślę, że będzie warto. Tymczasem mam do przeżycia jeszcze kolejne nudne wakacje.

Listopad 2001r
   Nadeszła mokra, ponura, deszczowa jesień. Ile oddałabym za to, by mieszkać teraz w takiej Arizonie, czy Kalifornii, ale mówi się trudno. Ktoś musi zaludniać tutejsze okolice, prawda? W szkole bardzo mi się podoba. Pomijając kwestie takie, jak wyśmiewanie ze strony moich kolegów z klasy i publiczne wytykanie przez nauczycieli, że znów nie mam odpowiednich materiałów na zajęcia, jest super. Zresztą, czy to pierwszy raz?
Zoe, moja najlepsze przyjaciółka, skończyła tydzień temu 18 lat i wyniosłą się stąd najszybciej, jak to było możliwe. Z tego co wiem, zamieszkuje teraz jakiś squat na południu miasta ze swoim chłopakiem. Mamy ze sobą kiepski, ale zawsze, kontakt. 

Grudzień 2001
   Najgorszy czas w roku dla ludzi w bidulu. Normalne rodziny kupują teraz prezenty, stroją dom tym całym bożonarodzeniowym, chińskim gównem i planują, czym zastawią wigilijny stół. Tu nie ma tak dobrze. Co prawda mamy kolację wigilijną. Nawet choinkę stroimy razem, jednak wciąż brakuje po prostu ciepła. Charakterystycznego dla domowego ogniska, żaru miłości. Mimo, iż nigdy tego nie zaznałam, podświadomie ze tym tęsknię. 
 Tutejsza pani psycholog zaczęła ze mną dziwne spotkania. Nie wiem, o co jej może chodzić. Zachowuję się przecież tak, jak zwykle tymczasem ona, wypytuje mnie o jakiej rodzinie marzę, czy gdyby znalazł się jakiś krewny, chciałabym go poznać ect. Nie podoba mi się to, jednak nie mówię o tym głośno.

   Chester Bennington doskonale znany szerszej publiczności, jako wokalista zespołu Linkin Park, dla bardziej zainteresowanych jego osobą, również ojciec, przyjaciel i mężczyzna zaangażowany bardzo w działalność charytatywną. Skupmy się jednak na tym ostatnim. Czy kiedykolwiek śniłoby mu się, że gdzieś na świecie, być może nawet na tym samym kontynencie, żyje osoba, o której nie ma zielonego pojęcia, a jest bliższa jego sercu, niż ktokolwiek inny? Nie ukrywajmy tego, że nie przepada on za swoją rodziną i przyrodnim rodzeństwem. Gdyby jednak ktoś powiedział mu, że ma siostrę? Bądź, co bądź przyrodnią, ale jednak kogoś bliskiego? Taką właśnie wiadomość otrzymał pewnego grudniowego przedpołudnia. Nie mógł w to uwierzyć. Był przekonany, że poznał i zawiódł się na całej swojej rodzinie. Na początku targały nim sprzeczne emocje. Chciał pozostawić sprawę samej sobie i zapomnieć, że w ogóle ktoś śmiał go o tym poinformować, jednak wkrótce spotkał się z pracownikiem opieki społecznej ponownie.
- Jak ona ma na imię?  - zapytał przełykając tkwiącą w gardle gulę.
- Melisa - odpowiedział mężczyzna - Tak nazwano ją w szpitalu - Benningtonem wstrząsnęły dreszcze na myśl o tym, że ta biedna dziewczyna nigdy nie miała przy sobie kogoś bliskiego.
- Czy mógłbym się z nią spotkać? - tylko tyle i aż tyle wystarczyło by wywrócić do góry nogami życie nastolatki i jej świeżo upieczonego brata.

   Knock, Knock. Do pokoju ciemnej blondynki weszła jej wychowawczyni burząc przy tym panujący wewnątrz spokój. Przy dźwiękach The XX - Angels rozkoszowała się ciszą, patrząc na spadające za oknem,  z szarego nieba, płatki śniegu. 
- Meliso, chciałabym z tobą poważnie porozmawiać - słyszała o konwersacjach prowadzonych z wychowankami ośrodka pół roku przed osiągnięciem przez nich pełnoletności. Tłumaczono im, że z dniem ukończenia 18. roku życia powinni znaleźć sobie inny dom, miejsce, w którym będą mieszkać.
- Słucham - zwinnie zeskoczyła z parapetu siadając na łóżku, obok starszej kobiety.
- Czasami dzieje się tek, że nawet po 20 latach dowiadujemy się, że mamy gdzieś odległą rodzinę, prawda? - zaczęła. Nastolatka przytaknęła kiwnięciem głowy.
- Widzisz... w twoim przypadku tak się właśnie stało - dokończyła.
- Znaleźliście moich rodziców?! - pisnęła z nadzieją w głosie, a do jej oczu napłynęły łzy. 
- Nie do końca. Odnaleźliśmy twojego brata. Przeprowadziliśmy testy DNA i jesteśmy przekonani, że jesteście przyrodnim rodzeństwem - Nie uśmiechało jej się to. Miała zapoznawać się z jakimś obcym chłopakiem? Być może było to nawet dziecko. Obcy, wredny i śliniący się bachor... Po co w ogóle jej o  tym mówili?
- Dobrze, ale czy to jest aż tak istotna informacja? - dopytywała.
- Tak, ponieważ oprócz tego, że dostajesz w prezencie od losu rodzinę, masz także dom nad głową i nie musisz już dłużej tu być. Gwarantuję ci, że twoje życie zmieni się na lepsze - uśmiechnęła się do zagubionej blondynki pocieszająco.
- Kiedy będę mogła go poznać? - zapytała, chcąc rozwiać w końcu wszelkie wątpliwości, których teraz w głowie miała tysiące.
- Właściwie to on już tu jest. Przyjechał, bo bardzo chciał się z tobą spotkać. Zbliżają się święta i pomyślał, że jeśli tylko byś chciała, mogłabyś spędzić je z jego rodziną - wychowawczyni wycofała się z pomieszczenia, pozostawiając lekko uchylone drzwi. Nastolatka widziała na podłodze ciemne cienie dwóch osób szeptających na korytarzu. Po chwili do jej pokoju wszedł chłopak z postawionymi na żel farbowanymi blond włosami. Okulary przeciwsłoneczne zasłaniały większość jego twarzy, a jakby tego było mało, założył również kaptur, dlatego Melisa nie mogła ocenić w pełni jego fryzury. Jedyną rzeczą, która rzucała się w oczy był kolczyk w wardze. Jak nic obsesyjny fan Linkin Park, pomyślała. Nie szalała na punkcie ich muzyki. Zespół był teraz na topie, ale bez przesady. Znała może ze dwa utwory: In The End oraz Papercut i to byłoby na tyle.
- Cześć - odezwał się cicho. Na tyle, że nie potrafiła ocenić również barwy jego głosu.
- Hej - usiadła sztywno z mocno wyprostowanymi plecami. Zawsze obiła tak, kiedy się denerwowała. 
- Mogę? - kolejne ciche słowo. Wskazał na miejsce obok niej.
- Tak - przytaknęła. 
- Właściwie nie wiem, od czego zacząć - to było pierwsze pełne zdanie, które wypowiedział w jej obecności.
- Najlepiej od początku. Co o mnie wiesz? - zapytała podstępnie.
- Wiem, że masz na imię Melisa, masz 17 lat i alergię na sierść kota - odpowiedział po chwili wahania.
- W takim razie chciałabym dowiedzieć się tego samego o tobie. Na razie nie wiem nic - odgarnęła denerwujący ją kosmyk z twarzy - I mógłbyś jeszcze ściągnąć ten kamuflaż. Nie zbyt dobrze się czuję, nie wiedząc, z kim rozmawiam - dodała.
- Mam na imię Chester - wyznał, ściągając kaptur oraz okulary - Mam 25 lat - przerwał na moment, widząc szok w oczach blondynki - I nie mam alergii na koty - widząc zszokowaną minę swojej siostry postanowił dodać od siebie - Wiem, że to może wydawać się pokręcone, sam tak myślałem, ale z czasem oboje się oswoimy z tą sytuacją.
- Oswoimy? - szepnęła - Czy można oswoić się z myślą, że po 17 latach niewiedzy ma się brata? A inaczej, czy można się oswoić z myślą, że jedyna bliska osoba, o której istnieniu dowiedziałam się 5 minut temu jest wokalistą jednego z najpopularniejszych zespołów na świecie?! - stopniowo podnosiła głos - Ja pierdolę! - zaklęła. Robiła to bardzo rzadko, ale ta sytuacja po prosu tego wymagała.
- Melisa, ja też tak jakby nie mam nikogo bliskiego, okej? Również czuję się dziwnie. Może oboje dalibyśmy sobie kredyt zaufania? Poszli na spacer... nie wiem po prostu pogadali? Niczego wielkiego od ciebie nie chcę. Pragnę tylko cię poznać, może się zaprzyjaźnić? Nie myśl o tym w kategoriach wielkiej, szlachetnej rodziny, bo na razie oboje nie jesteśmy na to gotowi. Po prostu spróbujmy...

  Dwa dni przed świętami, Melisa Flower odebrała zabukowane dla niej bilety i poddała się odprawie celnej, by chwilę później zająć miejsce na pokładzie samolotu lecącego do pięknego, upalnego i słonecznego Phoenix.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Rozdział 19



- Nareszcie – usiadła na dużym, skórzanym fotelu.
- Stęskniłaś się za domem, co? – stanął za nią rozmasowując jej barki i muskając chłodnym czubkiem nosa delikatną skórę na jej szyi.
- A to jest mój dom? – zapytała nieśmiało.
- No wiesz co?! Powinienem się obrazić. Dobrze wiesz, że tak! – wsunął chłodne dłonie pod jej koszulkę. Na jej ramionach pojawiła się gęsta skórka.
- Masz lodowate ręce – szepnęła, opierając się swobodnie o oparcie. Chwycił jej podbródek , odchylając głowę  dziewczyny do tyłu, by móc ją pocałować.
- Chazz, masz tu  łazienkę z dużą wanną? – zaśmiała się, kiedy  odsunął od niej swoje wargi.
- Oczywiście, że tak. Przecież to jedna z najważniejszych rzeczy  w domu!
- Po prostu wcześniej nie zauważyłam…
- Bo zawsze korzystałaś z łazienki na parterze. Chodź – pociągnął ją w górę tak, że momentalnie stanęła na nogach – Musisz nadrobić zaległości – chwilę później oboje weszliśmy do ogromnej białej łazienki z przeszkloną ścianą, od zewnątrz gęsto zarośniętą kwitnącym bluszczem. Chester odkręcił ciepłą wodę, a Myia rozpięła bluzę i ściągnęła koszulkę. Zagwizdał na widok dziewczyny w samym staniku. Ich spojrzenia spotkały się w lustrze. Bennington zaszedł ją od tyłu, kładąc ręce na jej biodrach i delikatnie nimi kołysząc.
- Tak, wiem. Najchętniej brałbyś mnie tu i teraz, ale trochę romantyzmu – odwróciła się przodem do jego twarzy – Mamy wielką wannę pełną ciepłej wody i masy bąbelków, szkoda byłoby z tego nie skorzystać – rozpięła guzik od spodni i zrobiła kilka kroków bliżej okna. Chester obserwował jej ciało, pożerając ją wzrokiem. Nie wytrzymał i przyciągnął ją do siebie, błądząc dłońmi na wysokości jej talii. Nawet nie spostrzegł się, kiedy wylądował z ubraniami w wodzie. Myia zdarła z niego przemoczone ciuchy.
- Trudno w to uwierzyć, ale nigdy nie robiłem tego w wannie – oboje wybuchli niepohamowanym śmiechem.
- Kocham cię – przygryzła jego wargę. Po wszystkim, Chester wyciągnął dziewczynę z wanny i przeniósł ją na rękach do sypialni.
- Pomoczymy całą pościel! Postaw mnie na ziemi, Chazz! – on jednak nie zwracał uwagi na jej protesty i położył ją do łóżka wsuwając się obok i nakrył ich szczelnie kołdrą – usłyszeli na dole telefon.
- Nie idź… - zawołała błagalnie. Było jej tak dobrze.
- Nie chce mi się. Tu jest zbyt wygodnie – przytulił ją do siebie jeszcze mocniej, przymykając oczy.

- Masz wszystko? Poczekaj… Jak ty zawiązałeś ten krawat? – zachichotała. Bennington denerwował się tak mocno chyba tylko podczas pierwszych występów z Linkin Park. Czuł silny ucisk w żołądku i odruchy wymiotne. Dzisiaj miało się rozstrzygnąć wszystko. Rozwód małżeństwo, opieka nad dziećmi, ewentualne spotkania ect. Szczerze wątpił w to, by udało mu się dostać prawo do opieki. Nie był matką. Nie był nawet przykładnym ojcem, bo co to za rodzic znikający na parę miesięcy w ogólnoświatowych trasach? Nie byłby w stanie chodzić nawet na głupie wywiadówki do szkoły. Nie mógłby odrabiać z dziećmi zadań domowych, odwozić i odbierać ich codziennie ze szkoły, a nawet czytać bajek na dobranoc. To wszystko robiła Samantha. Dopiero teraz widział, ile ta niepozorna i niska kobieta robiła rzeczy. Zajmowała się dzieciakami, domem, zawsze znalazła czas na to, by zadzwonić i zapytać go, jak się ma. Kiedy wracał do domu, znajdował w szafie czyste koszulki, a w kuchni obiad, jednak czegoś zabrakło? Chyba tego co najważniejsze w małżeństwie: miłości. Był obowiązek i przywiązanie, ale zabrakło namiętności, której teraz z Myią, ma nawet nadto. Nie śmie wątpić w to, że dziewczyna również stanęłaby w przyszłości na wysokości zadania.
- Wyobraź sobie, że nie chodzę codziennie na rozprawy do sądu – dodał po chwili ciszy, kiedy brunetka, spojrzała na niego kątem oka.
- Bardzo śmieszne – mruknęła pod nosem – Trzymam kciuki – cmoknęła go w policzek, czując intensywniejszy, niż zwykle zapach jego perfum.

- Mike? Co ty tu robisz?
- Słyszałem, że Chester pojechał do sądu. Chyba powinniśmy porozmawiać.
- Nie wiem, o co ci chodzi
- Nie rób ze mnie głupka. Doskonale wiesz, co mam na myśli. Nie traktuj mnie jak cholernego powietrza! Pocałowałem cię i powiedziałem, że coś do ciebie czuję, ale jeśli tego nie odwzajemniasz, to okej. Nie będę cię przecież przymuszać . Chcę, żeby było między nami tak, jak przedtem. Chcę, żebyś ze mną rozmawiała, zwierzała się… tak jak przyjaciel przyjacielowi.
- Mike, proszę – zrezygnowała w połowie zdania – Wejdź – zaprosiła go do środka, zbierając po drodze rozrzucone ubrania Chestera, które wypakował z walizki, poszukując swojej ulubionej białe koszuli.
 - Mieszkacie ze sobą? – lekko się zdziwił.
- Tak. Przeniosłam tu swoje rzeczy jeszcze przed trasą – odpowiedziała cicho – Posłuchaj… ja naprawdę jestem teraz szczęśliwa. Widzę, że Chester się stara… przestał pić, a to chyba najważniejsze. Jesteś jego przyjacielem i to się liczy. Spodziewasz się dziecka… naprawdę nie chcę zamieszania, zwłaszcza teraz, kiedy wszystko zaczęło się układać. Być może, gdyby sprawy nabrały inny obrót na samym początku… gdybym nie związała się z Chesterem… ale na to teraz już za późno, więc nie chcę, żeby takie akcje, jak ta na próbie miały miejsce w przyszłości – zakończyła swój długi wywód.
- To znaczy, że gdybym był z tobą przed Chesterem… Myia, to jest nie fair
- Nie to miałam ma myśli. Kocham Chestera, od samego początku nie wchodziłeś w grę, bo jesteś moim przyjacielem i masz wspaniałą żonę
- Chazz, też ma żonę
- Tak, ale się rozwodzi. Proszę nie drąż tego tematu. Jestem z Chesterem i nie mam zamiaru tego zmieniać – nie mogę, pomyślała.
- Ale przyznaj, że na początku bardzo dobrze się ze sobą dogadywaliśmy
- Nadal tak jest. Zobacz, nawet ta rozmowa. Wszystko mówimy sobie szczerze, bez żadnych oporów i nieporozumień.
- Taa, masz rację – nie przyznał się do tego, że ta rozmowa bardzo dużo go kosztuje. Najchętniej wykrzyczałby jej prosto w twarz, że ją kocha i zrobi wszystko, by z nią być. Wiedział jednak, że dzięki takiemu postępowanie, Myia mogłaby całkowicie zerwać z nim kontakt, a tego nie chciał, za żadne skarby świata.
- Będę już leciał. Dzięki za to, że wszystko sobie wyjaśniliśmy – uśmiechnęła się do niego pogodnie. Chociaż to podniosło go na duchu. Jej uśmiech.

sobota, 15 czerwca 2013

A Little Taste Of Hypocrisy Part II

 Wracam z drugą cześcią One-Shot'a. Nie wiem, czy tylko na chwilę, czy na stałe. Dla tych, którzy nie zapomnieli, że gdzieś tam na szarym końcu internetu jest sobie blog Ninde :) Jeżeli jednak wolicie melodramatyczny koniec pierwszej części... Nie zmuszam. Jedynie proponuję :P

Usłyszał płacz małego dziecka – jego półrocznego syna. Zwlókł się z łóżka, przecierając zaspane oczy. Wyciągnął chłopca z łóżeczka i uśmiechnął się do niego, mimo, że nie miał na to ochoty. Stanął przed lustrem kołysząc malucha i zadał sobie w myślach proste pytanie: Czy to jest miejsce, w którym zawsze chciał się znajdować. Musiałby byś głupcem mówiąc nie. Miał przecież opiekuńczą, kochającą żonę i ślicznego, mądrego, zdrowego synka. Zawsze jednak czegoś mu brakowało, za kimś tęsknił. Postanowił, że pojedzie do Seattle. Nie był na cmentarzu od 8 lat. Od czasu pogrzebu. Miał nadzieję, że chociaż w ten sposób, a moment będzie bliżej niej. Obudził Annę, mówiąc jej, że ma ważną sprawę do załatwienia i oddał w jej ręce Otisa. Wszedł do łazianki by po kwadransie wyjść stamtąd ogolonym i odświeżonym. Do czarnych jeansów i skateów ubrał koszulę w tym samym kolorze, zabrał telefon, portfel i wyruszył w drogę nie pijąc nawet porannej kawy.

- Mike, gdzie ty do cholery jesteś? – Chester zadzwonił w momencie, kiedy Shinoda był już w połowie drogi – Pamiętasz? 13, studio, nowa płyta – przypominał zabawnym tonem.
- Tak, ale mam teraz ważniejszą sprawę na głowie – odpowiedział krótko.
- Ważniejszą od pracy? Jezu, człowieku, nie sądziłem, że kiedykolwiek usłyszę to z twoich ust – zaśmiał się donośnie.
- Jadę do Seattle
- Po co? – zdziwił się szczerze.
- Do Roxanne – odpowiedział, a po drugiej stronie słuchawki zapadła chwilowa cisza
- Mike…  zaczął delikatnie Bennington – Przecież wiesz, że…
- Tak, nie żyje od 8 lat. Chazz,  czuję, że jeśli tam nie pojadę, na własne oczy nie zobaczę tej pieprzonej tabliczki z jej imieniem i nazwiskiem to zwariuję! – niemalże wrzasnął.
- Może trochę byś się z tym wstrzymał, co? Pojechałbym z tobą…
-Jestem już w stanie Oregon, poza tym nie mogę rozmawiać – rzucił krótko i szybko się rozłączył.

Stał przed ponurą, kutą, żelazną bramą cmentarną. Czuł, że robi mu się niedobrze przekraczając granice tego miejsca. Skierował się od razu na lewo, gdzie mieściła się duża, o wiele większa, niż kiedy był tu ostatnim razem, ściana z urnami. Mimo wszystko doskonale odszukał miejsce C-23. Zgłupiał widząc nieoznakowaną skrytkę. Ktoś ewidentnie odkręcił tabliczkę. Nie obstawiałby jednak złodzieja. Cały teren cmentarza był dokładnie monitorowany.
Był w kropce i nie wiedział, co ma zrobić. Zawsze może iść do grabarza, albo pogrzebać w księgach cmentarnych. Postanowił, że najpierw spróbuje podstępu i odwiedzi rodziców Roxanne. Już kwadrans później stał pod tymi samymi drzwiami, gdzie po raz pierwszy pocałował dziewczynę:

- Dzięki, że odprowadziłeś mnie do domu. Sama chyba troszeczkę bym się bała – przyznała zawstydzona.
- Więc czemu nie powiedziałaś mi o tym od razu, tylko upierałaś się, żebyśmy pożegnali się w kinie?
- Znasz tandetne zakończenia wszystkich randek w komediach romantycznych? Chłopak odprowadza dziewczynę pod jej rodzinny dom po czym zaczynają się całować, a rodzice młodej damy podglądają parę zza firanek
- A co powiedziałabyś, gdyby nasza randka zakończyła się w dokładnie taki sam przereklamowany sposób? Objąłbym cię w talii – demonstrował jej dokładnie to, co szeptał cicho na ucho – Spojrzał głęboko w oczy. Ty czułabyś motyle w brzuchu, a ja myślałbym tylko o tym, byś nie odtrąciła mojego pocałunku – właśnie  tym momencie delikatne usta Mike’a musnęły rozgrzane i pełne wargi Roxanne. Przylgnęła nieco bliżej do chłopaka, czując jak ten głaszcze delikatnie jej plecy i talię.

Zapukał nerwowo, czekając na moment, w którym ojciec, albo matka Roxanne otworzą mu drzwi. Przed Shinodą stanął siwy, lekko wyłysiały mężczyzna przed 60.
- Słucham – albo udawał, że go nie poznaje, albo przez ostatnie lata faktycznie lekko się zmienił.
- Jestem Mike – odchrząknął. Facet zmierzył go od stóp do głów, przymykając drzwi. Półjapończyk wstawił w szparę pomiędzy framugą but, nie pozwalając na ich zamknięcie – Mam do państwa kilka pytań
- Wyjdź! – warknął mężczyzna – Wynoś się, bo zadzwonię na policję!
- Ona, żyje prawda?! – zaryzykował. Mógł zostać zbluzganym, oberwać w gębę, albo dowiedzieć się prawdy.
- Co? O kim ty mówisz?! – oburzył się. W oczach starszego mężczyzny pojawiło się jednak coś, co dało Mike’owi  siłę, by iść w zaparte.
- Wiem, że Roxanne żyje! – odpowiedział stanowczo.
- Co? – powiedział – Skąd…? – A jednak! Cholera jasna wiedziałem!
- Proszę mi powiedzieć, gdzie ona jest?! – warknął.
- Mike, uspokój się…
- Teraz Mike? Teraz mnie pan zna?! GDZIE ONA JEST!!!
- W Jacksonville – odpowiedział krótko z rezygnacją.
- Wywieźliście ją na drugi koniec Stanów?! – oburzył się.
- Nigdzie nie musieliśmy jej wywozić. Sama dostała się na uniwersytet w Północnej Karolinie, wyjechała na studia i tam już została. Z tego co wiem, razem z Ronem szykują się do zaręczyn – Shinodowe serce zwiększyło częstotliwość bitów do  200 uderzeń na minutę.
- Adres! – warknął –Daj mi jej adres!
- Nie! – warknął – Nie namieszasz jej już w życiu!
- Niech mnie pan uważnie posłucha – złapał mężczyznę za ubrania, mocno nim szarpiąc – Mam w dupie to, czy dostanę dożywocie, czy karę śmierci, ale cię kurwa zabiję, jeśli jeszcze raz utrudnisz mi z nią kontakt.  Adres! – Ojciec dziewczyny wyjąkał nazwę ulicy i numer domu. Brunet szybko wycofał się i bez słowa pożegnania wsiadł da samochodu. Miał kolejny cel. Jacksonville.
Siedział w samolocie nie wierząc w wydarzenia dzisiejszego dnia. Roxanne żyje! Minęło tyle lat. Czy gdyby nie przyśniła mu się tej nocy, nadal żyłby  w przekonaniu, że już nigdy jej nie zobaczy. Ubrał słuchawki i zatonął w przypadkowo wylosowanym utworze. Co za zrządzenie losu. Miał nadzieję, że Roxanne go nie odtrąci. Wszystko byłoby lepsze od obojętności z jej strony.

Wysiadła właśnie z taksówki. Była taka piękna! Nic się nie zmieniła. Te same włosy. Ta sama fryzura. Niosła kilka siatek z zakupami, ale jej ruchy nadal wydawały się takie zgrabne. Wysiadł z samochodu. Zbliżył się do niej na kilka kroków :
- Już nie boisz się sama wracać wieczorami do domu? – zamarła. Mógł niemalże usłyszeć, jak po jej kręgosłupie ścieka kilka kropelek potu. Odetchnęła głęboko i obróciła się
- Mike – szepnęła z niedowierzaniem
- Cześć Roxanne – uśmiechnął się ciepło.
- Co cię do mnie sprowadza po tylu latach? Czekaj, jak to było: „Zapomnij o mnie! Nigdy tak naprawdę nie byłaś warta mojej uwagi”? Chyba coś w ten deseń, nie?
- O czym ty mówisz?  - szczerze się zdziwił.
- Nie mów, że muszę ci przypominać panie doskonałyilepszyodkażdego Shinodo! Zresztą po  co ja w ogóle z tobą dyskutuję – pokręciła głową z uśmiechem – Daj mi spokój.
- Myślałem, że nie żyjesz
- I napisałeś list do trupa, że z nim zrywasz? Zabawne, uwielbiam to twoje poczucie humoru – rzuciła z sarkazmem.
- Ja naprawdę tak myślałem. Byłem na twoim pogrzebie. Twoi rodzice płakali… Nic z tego nie rozumiem. Czemu chcieli, żebyśmy nie mieli ze sobą kontaktu.
- Mike… - zachłysnęła się powietrzem. Odetchnęła spokojnie – Dobrze, porozmawiamy, ale nie dzisiaj. Ja… muszę sobie to wszystko poukładać. Zjawiasz się po takim czasie i starasz się powiedzieć, że nasze rozstanie było pomyłką…  że ktoś celowo chciał nas od siebie odsunąć. Proszę spotkajmy się jutro w południe w kawiarni za rogiem… masz może wtedy czas?
- Tak, mam teraz dużo czasu – odpowiedział zadowolony, że jednak udało mu się cokolwiek wskórać.
- Więc… cześć – westchnęła zmęczona. Dobrze, że Ron miał dzisiaj nocną zmianę. Od razu skierowała się do regału z książkami i wyciągnęła ze słownika języka niemieckiego, czyli książki, do której miała pewność, jej chłopak nigdy nie zajrzy, list, który czekał na nią po obudzeniu się z kilkudniowej śpiączki:

Roxanne,
Nie ma mnie obok ciebie  i już nigdy nie będzie. Żałuję, że poświęcałem ci swój cenny czas.  Zapomnij o mnie! Nigdy tak naprawdę nie byłaś warta mojej uwagi. Taka jest prawda. Nic więcej nie mam ci do przekazania. Zapomnij…
Michael
Szukała najdrobniejszego znaku, który mógłby zdradzić to, że wiadomość nie jest autorstwa Mike’a. Mike’a… właśnie! Dopiero teraz po tylu latach, kiedy emocje już opadły była w stanie na surowo prześledzić całą treść. Niedokładnie połączone litery i podpis… Shinoda nigdy nie używał swojego pełnego imienia. Chciałaby, naprawdę chciałaby nic nie czuć, czytając ten krótki list, ale słone łzy same cisnęły jej się do oczu.

- Cześć – usiadła naprzeciwko niego przy stoliku.
- Hej – wyglądał ponuro. Zawsze przypominał zombie, kiedy nie spał przez całą noc – Ja chciałem… - zaczął, zawieszając się na moment – Naprawdę nie napisałem do ciebie takiego listu. Nie wiem, jak mam ci to udowodnić…
- Wierzę ci. Powiedz mi tylko, dlaczego po tylu latach zachciało ci się grzebać w tym wszystkim. Masz przecież rodzinę, nie potrzebujesz…
- Roxanne – wymówił to w charakterystyczny dla niej sposób. Tylko on wypowiadał poszczególne głoski jej imienia z taką lubością – To brzmi głupio, ale mi się przyśniłaś. Nie wiem czemu, ale kiedy się obudziłem nie dawałaś mi spokoju. Pojechałem do Seattle. Stanąłem przed tabliczką, gdzie powinno być wyryte twoje imię, ale jej już tam nie zobaczyłem. Byłem u twoich rodziców i dlatego wiedziałem, gdzie mam cię szukać. Wiem, że również ułożyłaś sobie życie.
- Od razu ułożyłam… Mike, co ja miałam sobie pomyśleć, czytając taką wiadomość, kiedy odzyskałam w szpitalu przytomność?! Myślisz, że od tak, wykasowałam cię z serca do cholery? ! Przy całej rehabilitacji i zabiegach rekonstruujących staw skokowy to był największy ból jaki czułam. Nie oceniaj mnie i niczego ode mnie nie wymagaj! – wybuchła wstając od stolika. Mężczyzna wyciągnął szybko z kieszeni portfel i rzucił byle jaki banknot na blat, biegnąc za nią.
- Zaczekaj! Roxanne! – krzyczał.
- Gówno  wiesz, Mike!  Ja tak strasznie cię kocham, że nie mogę znieść twojej obecności! – zatrzymała się wykrzykując mu to prosto w oczy.

- Jak myślisz, po co tu przyjechałem? Miałem nadzieję. Strasznie chciałem, żebyś powiedziała to, co przed chwilą i masz rację gówno wiem! Nie było mnie w twoim życiu przez tyle lat. Chciałem, żeby było jak w moim głupim śnie, żebyś dała mi się pocałować. O właśnie tak – objął twarz dziewczyny ciepłymi dłońmi i wpił się mocno w jej usta. Nie przerywała. Wręcz przeciwnie odwzajemniła pocałunek.
- Proszę, przestań - wyszeptała - Nie mąć mi w głowie! To wszystko i tak jest bardzo ciężkie.
- Ja nie odpuszczę, Roxanne. Nie teraz, kiedy na nowo mogę trzymać cię w swoich objęciach.

czwartek, 9 maja 2013

Dziękuję

Z wielkim bólem serca mówię wam o tym, że nie będę w stanie prowadzić tego bloga. Decyzji tej nie podejmuję pochopnie. Starałam się rozważyć to na milion sposobów, ale żaden nie był wystarczająco skuteczny i dobry. Przepraszam, że kończę to opowiadanie w takim momencie. Chciałam rozpocząć romans Myi z Mike'm, ale właśnie... chciałam. Informujcie mnie nadal o swoich nowych rozdziałach, opowiadaniach ect na moim Gunsowym blogu: nightrain-to-sunset-strip.blogspot.com. Czasami dodam tam Linkinowego One shot'a (być może kiedyś zdecyduję się na kontynuację z nadmiaru wolnego czasu i przypływu chęci). Nie przestanę czytać waszych opowiadań i nie zaprzestanę pisać o LP. Dziękuję za każdy komentarz, każdą sekundę poświęconej mi uwagi i sporą liczbę wyświetleń: (prawie 7 tyś).

sobota, 13 kwietnia 2013

Rozdział 18



Otworzyła oczy i przeciągnęła się leniwie, spoglądając na śpiącego Chestera. Wyglądał, jak niewinne dziecko. Brakowało jej tego widoku o poranku. Mogłoby się wydawać, że gdyby w tamtej chwili nastąpił koniec świata, nawet by tego nie zauważyła. Złapała róg kołdry i zaczęła drażnić nim jego nos. Zmarszczył czoło, by chwilę później uśmiechnąć się, nie otwierając oczu.
- No już przestań udawać – oparła się o jego klatkę piersiową.
- Gdybym mógł w ogóle bym się nie budził, tak mi tu dobrze – spojrzał w jej zielonkawe oczy, widząc w nich szczęście i zaufanie.
- Wiesz, próby same się nie zagrają. Pomyśl, inni mają gorzej. Taki Brad na przykład. Jestem pewna, że dzisiaj jego głowa będzie rozpadała się na części.
- Kolejny plus mojej abstynencji. Po soku kac raczej mi nie grozi
- Wiesz, że jestem z ciebie dumna, prawda? Nigdy ci tego nie mówiłam, a powinnam – uśmiechnął się pod nosem
- Nie masz być z czego dumna. Tak powinno być od samego początku – nic nie odpowiedziała, tylko przytuliła się do niego jeszcze mocniej, by po chwili usiąść na łóżku, okrywając się kołdrą
- Trzeba wstać - z niechęcią malującą się na jej twarzy, postawiła bose stopy na zimnej podłodze.
- Wracaj tu o mnie - zawołał.
- Nie wiem, jak ty, ale ja bardzo chcę zobaczyć miny chłopaków po przebudzeniu, a za dwie godziny próba!
- Teraz jesteś jeszcze śliczniejsza – zerwał się z łóżka  i szybko pojawił obok niej – Ale bez tej kołdry… Wyglądasz najpiękniej – ściągnął materiał, owinięty wokół jej ciała, który zsunął się na podłogę – Idealna – szepnął.
- Ja wiem, że ty bardzo chciałbyś… - dekoncentrował ją – Właśnie teraz… Robić zupełnie coś innego – westchnęła, kiedy muskał jej ciało w różnych delikatnych miejscach – Ale naprawdę mamy coraz mniej czasu…
- Jeśli weźmiemy wspólny prysznic, zdążymy ze wszystkim – zaczęła odwzajemniać  jego pieszczoty i pocałunki, kierując się w stronę łazienki.

- Check. Check. One. Two. Check. Check. Nie słyszę podkładu – zawołał Chester. Myia lubiła oglądać próby zespołu. Widziała całe te zamieszanie i dezorganizację. Dzisiaj sprawiało jej to podwójną przyjemność. Śmiała się w duchu na widok Dave'a i Brad'a, którzy jeszcze wczoraj wieczorem udawali kozaków, zamawiając kolejne drinki. Brad ubrał dziś ciemne okulary i zielonkawy kapelusz, który chronił przed upałem jego obolałą głowę. Dave, z kolei okrył ją mokrym, cieknącym ręcznikiem. Od czasu do czasu robiła zdjęcia. Niektóre z nich wylądowały nawet na Facebooku zespołu.  Poczuła, że ktoś usiadł obok niej.
- Axl? – zdziwiła się jednocześnie napinając mięśnie. Liczyła, że rozmowa, jaką chciała z nim przeprowadzić nastąpi nie co później. Wiedziała, jednak, że jeśli nie wykorzysta okazji, którą teraz podarował jaj los, być może nie będzie miała już szansy powiedzieć mu prawdy.
- Tak sobie przyszedłem tu popatrzeć – poprawił na głowie beżowy kapelusz. Niezręczna chwila ciszy.
- Pamiętasz, jak rozmawialiśmy wczoraj o moich rodzicach?- rozpoczęła rozmowę.
- Tak – był bardzo zrelaksowany i opanowany.
- Całe życie wychowywałam się z ojcem, który, jak okazało się po 19 latach, był wyłącznie moim ojczymem. Znęcał się nade mną, a ja cały czas żyjąc w przekonaniu, że to mój tata, mieszkałam obok niego, bo przecież nie można wyrzucić swojego rodzica z domu.
- Przepraszam, że ci przerwę, Myiu, ale ten wasz gitarzysta przez przypadek powiedział mi coś, o czym nie mogę zapomnieć – zamarła, słysząc jego słowa. Czy to możliwe, że po pijku Brad mógł powiedzieć mu prawdę?
-Poruszył temat twojego biologicznego ojca. Naprawdę nie wiem, czy był aż tak pijany, że wymyślał niestworzony historie, czy w to prawda? – westchnęła bezsilnie.
- Jeśli masz na myśli to, że twoje imię i nazwisko jest wpisane w moim akcie urodzenia, to tak – odetchnęła głęboko, ciesząc się, że te słowa przeszły jej już przez gardło.
- To zabawne, wiesz? – zaśmiał się wysokim, niemalże piskliwym głosem. Zmarszczyła czoło, nie rozumiejąc co go tak bawi – Kiedy zobaczyłem cię z daleka, pomyślałem sobie, że masz dziwnie znajome rude włosy i podobne spojrzenie. Wiesz, po kilku kieliszkach alkoholu może się człowiekowi coś przewidzieć, ale teraz nadal to widzę. Dobrze, że nie masz takiego charakteru, jak ja – czy ona się przesłyszała? Przyjął to tak lekko? A może w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, co do niego mówiła.
- Chciałam tylko, żebyś wiedział
- I bardzo dobrze. Lepiej późno, niż wcale
- Szczerze?Nie spodziewałam się, że zareagujesz tak… lekko?
- Myślałaś, że wstanę i zacznę rozwalać te plastikowe krzesełka dookoła? Coś ty! Dobrze wiedzieć, że mam na świecie kogoś więcej, niż tylko moją gosposię – uśmiechnął się – Wiesz, nie chciałbym, by nasz kontakt się urwał. Może wymienimy się po prostu numerami telefonów – jak dla Myii, poszło zbyt gładko, ale czego w takim razie się spodziewała? Rose nie jest już tym samym człowiekiem, co dwadzieścia pięć lat temu. Legenda, która cały czas krąży w mediach jest całkowicie bezpodstawna i nieprawdziwa. Linkini skończyli próbę, więc dziewczyna pożegnała się szybko z Axlem i dołączyła do chłopaków na backstage,u. 

Mike był dziś nad wyraz poważny. Domyślała się dlaczego. Usiadła u boku Chestera, który grał po chichu na akustycznej gitarze.
- Rozmawiałaś z nim?
- Z kim? – Myia została wyrwana z zamyślenia przez Chestera. Nie widziała, kogo chłopak ma na myśli; Shinodę, czy Rose’a.
- No z Axl’em.
- Ach tak… Poszło całkiem łatwo. Głównie przez Brada, który wczoraj po pijaku, wszystko mu wygadał.
- To chyba dobrze...
- Jasne, że tak. Przynajmniej kolejna sprawa w moim życiu została unormowana.
- A propo życia. Pojutrze mam rozprawę rozwodową. Robimy przerwę w trasie i wracamy za tydzień do Los Angeles.
- Fajne – starała się wykrzesać z siebie odrobinę entuzjazmu.
- Myia, jesteś dzisiaj taka nieswoja…
- To przez te nerwy. Jeszcze ze mnie nie zeszły. Wiesz, chyba muszę się przewietrzyć – zerwała się z miejsca, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Nie mogła znieść świdrującego ją wzroku Mike’a.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Rozdział 17



Kolejnym dłuższym przystankiem na trasie był Nowy Jork  Zakwaterowano nas w czterogwiazdkowym hotelu pełnym biznesmenów w garniturach i pań z pudlami. Zupełnie tam nie paskowaliśmy, ale cóż na to poradzić. Groźba, że wylecimy pojawiła się, kiedy Joe z Mike’m zakleili Chesterowi drzwi i wypełnili przestrzeń pomiędzy nimi papierem toaletowym. Doniosła na nich uprzejma pani znad przeciwka.
Zamknęliśmy się więc wszyscy w pokoju  Joego, przynieśliśmy kilka butelek z procentami, zakąski, dobrą muzykę i zrobiliśmy największą imprezę na trasie. Byłam bardzo zdumiona, że Chester nawet nie spojrzał w stronę alkoholi. Zamiast tego popijał sok, colę i różne inne napoje. Mike zerkał na mnie co chwilę z przeciwległej kanapy, niesamowicie mnie tym denerwując. W pewnym momencie Chester rzucił, że idzie do kibla.
- Możemy pogadać? – zaczął Shinoda.
- Czemu nie…
- Ale nie tu. Chodź za mną… - złapał mnie za rękę i pociągnął do swojego pokoju.
- No słucham, co co chodzi? – po akcji na próbie nasze relacje nadal nie wyglądały najlepiej
- Myia ja… Nie mogę patrzeć na to, jak znowu zbliżacie się do siebie z Chesterem – rzucił. Stałam gapiąc się na niego z szeroko rozwartymi oczami.
- Jaja sobie robisz?! Świetny żart! Możemy wracać do pokoju Mr Hahna? – odwróciłam się na pięcie chcąc wyjść z pomieszczenie, ale Shinoda zablokował drzwi, przykuwając mnie ramieniem do drzwi.
- Kiedy cię poznałem. Boże… Nadal nie wiem, co się ze mną dzieje w twoim towarzystwie, ale jesteś taka… kiedy spojrzałem w twoje oczy widziałem swoją przyszłość, rozumiesz? Życie, rodzinę, dzieci.. Cały świat.
- Mike, co ty piłeś? Opanuj się proszę i puść mnie – syknęłam.
- Zakochałem się w tobie, rozumiesz?! Wtedy w teatrze… odwzajemniłaś pocałunek, więc jednak ci zależy…
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Mogę na tobie polegać, zwierzyć się ze wszystkiego, ale nic więcej. Twoja żona spodziewa się dziecka. Naprawdę masz kogo kochać, więc pozwól mi również ‘kochać’ i nie poruszaj nigdy więcej tego tematu. Szanuję twoje uczucia, więc proszę, ty uszanuj moje – Chłopak spuścił głowę, a chwilę później podniósł ją gwałtownie, muskając moje usta. Odsunęłam ją znacząco na bok – Powinniśmy ograniczyć nasze kontakty. Do minimum – z całych sił, wyrwałam się z jego uścisku i wyszłam na korytarz, wracając do swojego pokoju.

Wczesnym rankiem zjawiłam się w restauracji na śniadanie. Nie zmrużyłam oka. Zdziwiłam się, widząc na dole Chestera. Kto, jak kto, ale on nigdy nie wstawał przed 10, jeśli nie musiał. Zgarnęłam na talerz dwie kanapki z bogato zastawionego „Szwedzkiego stołu” i dosiadam się do niego.
- Marnie wyglądasz. Sądziłem, że poszłaś spać, bo kiedy wróciłem do Joe'go, ciebie już nie było.
- Byłam zmęczona, ale jakoś nie potrafiłam zmrużyć oka – spostrzegłam w dłoni chłopaka kubek z kawą zamówioną gdzieś po za hotelem. Tu parzyli okropieństwo.
- Podzielisz się?
- Jasne. Możesz wypić nawet całość. Mi dzisiaj już chyba nic nie pomoże. Też nie spałem, przez hałas za ścianą. Co mnie pokusiło, żeby brać pokój obok Mr Hahna?
- Zawsze mogłeś przyjść do mnie – rzuciłam automatyczne. 

Po południu poszliśmy na miasto do jednego z ogromnych kasyn. Cześć z nas, jak Rob i Brad próbowali swojego szczęścia w grach hazardowych, reszta po prostu spędziła miło czas, popijając różne kolorowe drinki. Osobiście wypiłam tylko dwie szklanki soku, żeby dotrzymać towarzystwa nietykającemu alkoholu Chesterowi.
- Czy mi się wydaje, czy przy barze siedzi nowy gitarzysta Guns N’ Roses – Ron "Bumblefoot" Thral? – zawołał Brad – Nie wiem, jak wy, ale idę się przywitać – Delson stanął na nogi, starając się złapać pion i kołysząc się na boki podszedł do gitarzysty „Pistoletów i Róż”. Rozmawiali przez chwilkę, na co zbytnio nie zwracałam uwagi.
- Ej, Myia chodź poznać Axl’a Rose!!! – krzyknął na pół lokalu. Wmurowało mnie w fotel. Z całych sił miałam nadzieję, że nie mówi do mnie – No Myia! Chester Zawołaj ją! – Bennington zerknął na mnie, widząc przerażenie w moich oczach.
- Myia – szepnął – Może to nie jest taki głupi pomysł  – sama nie wiedziałam, co mam o tym myśleć, ale czas leciał, a taka okazja mogła się już nie powtórzyć. Wstałam od stolika i podeszłam nieśmiało do stojących przy barze mężczyzn.
- No nareszcie! Czekamy tu na ciebie i czekamy… - zaśmiał się Brad. Oby tylko nie wypalił prosto z mostu, że Axl jest moim biologicznym ojcem. To było bardzo dziwne uczucie – stać naprzeciwko faceta, który ma ten sam odcień włosów i kształt oczu, co ty.
- Cześć, jestem Axl – przedstawił się wyciągając rękę. Spodziewałam się czegoś bardziej… sztywnego, tymczasem zaczął rozmowę bardzo na luzie. Może tylko ja tak bardzo się denerwowałam. Rozpoczęliśmy krótką rozmowę: Jak to się stało, że jestem na trasie z Linkin Park, Gdzie mieszkam na co dzień. Jakimś sposobem nasza rozmowa zeszła na rodzinę. Axl skarżył się na to, że na starość został sam na palec.
- Twoi rodzice muszą być z ciebie dumni. Ty na pewno nie wystawisz ich do wiatru.
- Moja mama nie żyje – odpowiedziałam krótko.
- Oj…. Przykro mi. Mimo wszystko ojciec…
- To skomplikowane, naprawdę nie chcę o tym rozmawiać. Było mi bardzo miło cię poznać – wstałam od stolika, napotykając za sobą Chestera. Dzięki Bogu, był przy mnie. Wróciliśmy do hotelu. Wokalista tak, jak wczoraj zatrzymał się przy drzwiach mojego pokoju
- Trzymaj się, skarbie – cmoknął mnie szybko w czoło, najwyraźniej bojąc się, że zaprotestuję
- Chazz… Proszę… Zostań ze mną – chwyciłam jego dłoń  - Nie mogę… Nie chcę… - zaczęłam się jąkać. Spojrzał mi głęboko w oczy i powoli przysunął swoją twarz do mojej. Zatrzymał usta milimetr od moich, czekając na mój ruch. Musnęłam jego wargi. Złączyliśmy swoje języki w długim i namiętnym tańcu.  Weszliśmy do mojego pokoju. Chester zamknął kopnięciem drzwi. Nie zastanawiając się wiele, rozpięłam jego koszulę. Szybko pozbawiliśmy się ubrań i wylądowaliśmy w hotelowym łóżku. Chester przygniatał mnie swoim ciężarem. Jego wilgotną od potu skórę czułam na całej powierzchni swojego ciała. Spędziliśmy połowę nocy na samo zadowalaniu siebie. Wyłączyłam myślenie i dałam ponieść się temu, co pragnęło moje serce.
- Jesteś już zmęczona, nie? – zaśmiał się pod nosem, szepcząc mi na ucho.
- Pewnie tak samo, jak ty. Oboje nie spaliśmy od 48h – odpowiedziałam cicho., nie otwierając oczu. Krew cały czas szumiała mi w uszach, a  bicie mojego serca słyszalne było zapewne w całym pogrążonym w ciemnościach pokoju.
- Nie żałujesz? – zapytał.
- Nie – odpowiedziałam pod dłuższym zastanowieniu. Położył rękę za moją głowę. Wtuliłam się w niego mocniej i zasnęłam.

Czwarta nad ranem. Myślę nad wszystkim, co wydarzyło się wciągu ostatnich dwóch dni. Popijawa, konfrontacja z Mike’m, spotkanie z moim biologicznym ojcem i finał w łóżku z Chesterem. Ciężko mi to wszystko ogarnąć. Wychodzę na balkon. Muszę się przewietrzyć. Wyswobadzam się delikatnie z obejmujących mnie w talii dłoni Chestera. Desperacko potrzebuję świeżego powietrza. Opieram się o lodowatą barierkę. Na pewno niczego nie żałuję. Sprawa Axla  – myślę, że powinien poznać prawdę. Co zrobi z tą wiedzą, to drugorzędna kwestia, ale chcę, żeby miał pojęcie o tym, że gdzieś na świecie jest jego córka. Chester… Kocham Go, chcę z nim być i nigdy z niego nie zrezygnuję. Mike… Zaskoczył mnie swoim podejściem do mojego związku z Benningtonem I przede wszystkim tym, że czuje do mnie coś więcej. Totalnie niespodziewane i nie mające racji bytu. Całą ta kwestia w żaden sposób nie może zaważyć na przyjaźni chłopaków i to jest mój priorytet. Dobrze, że Chester  nie ma możliwości  czegokolwiek się domyśleć. Przynajmniej na razie.
- Nie  śpisz? – ciepłe ramiona objęły mnie czule.
- Zrobiło mi się jakoś tak duszno? Wracamy do łóżka? – zapytałam.
- Jasne – zamilkł na moment – Myia, co planujesz zrobić względem twojego biologicznego ojca. Powinien wiedzieć, że…
- Tak, tak tak… wiem. Powiem mu jutro. Podobno gra z zespołem na tym samym festiwalu, co wy. Będziemy mieli więc okazję, by szczere porozmawiać.